West Coast

Lodowce, hektolitry wody lejące się z nieba i krajobraz rodem z „Parku Jurajskiego” – tak najkrócej można opisać West Coast, czyli region rozciągający się wzdłuż zachodniego wybrzeża Nowej Zelandii.

We(s)t Coast

Gdy zbliżaliśmy się do jednego z większych miast na zachodnim wybrzeżu ukazała się nam tablica obwieszczająca, że w promieniu wielu wielu kilometrów mieszka zaledwie 5000 osób. Jechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża i ukazywały nam się puste przestrzenie, skały o fantazyjnych kształtach, wzburzone morze i dziki, wściekle zielony las tropikalny spowity mgłą. To wszystko sprawiło, że czuliśmy się jakby nasz Nissan cofnął nas w czasie i mknęliśmy wąską drogą przez prehistoryczny świat.

Żeby jednak nie było aż tak bajkowo, ta piękna kraina ma jeden zasadniczy mankament – DESZCZ. Przez większość dni w roku leje i to nie lekko, tylko momentami tak, że nie widać nic dookoła, a woda zalewa miasta i drogi. Mimo, że spędziliśmy tam zaledwie parę dni, możemy stwierdzić z pełnym przekonaniem, że pada tam zdecydowanie częściej niż nie pada. Deszcz jest jeszcze bardziej uciążliwy, gdy śpi i podróżuje się w aucie i nie ma się swojego kąta na suszenie ubrań. Złą, deszczową sławę tego regionu doskonale obrazuje dowcip powtarzany przez lokalnych mieszkańców, że to nie jest West Coast (ang. zachodnie wybrzeże) tylko Wet Coast (ang. mokre wybrzeże).

Z wizytą u pana Foxa

Pewnego dnia zobaczyliśmy, że w tym morzu deszczu nadchodzi jeden słoneczny dzień, więc postanowiliśmy ambitnie wyruszyć na szlak, który prowadzi przez dolinę aż do ciepłych źródeł, w których można zregenerować obolałe nogi i plecy.

Zerwaliśmy się więc o 6 rano i popędziliśmy w kierunku miejscowości, z której mieliśmy startować w góry. Im jaśniej się robiło i im bardziej się zbliżaliśmy do szlaku tym bardziej byliśmy oczarowani widokami. Gdy dotarliśmy przy informacji turystycznej by kupić bilet do schroniska i stanęliśmy przed wyborem – szarpać cały dzień z plecakiem przez dolinę bez specjalnych widoków czy wykorzystać to okno pogodowe i podziwiać na spokojnie majestatyczne ośnieżone szczyty i lodowce? Mimo, że marzyły nam się ciepłe źródełka wybraliśmy to drugie i zamiast w pośpiechu pakować plecak rozbiliśmy naszą kuchnię polową z widokiem na Mount Cooka i lodowiec Foxa, jedliśmy śniadanie, piliśmy kawę i cieszyliśmy się.

Z wizytą u pana Franza

Następnego dnia od rana niebo spowijały ciemne chmury i padał deszcz, ale mimo to wyruszyliśmy podziwiać lodowiec Franz Josef. Liczyliśmy, że nie będzie aż tak mokro, bo „to przecież tylko krótki spacer”. No i się przeliczyliśmy. Lało jak z cebra i w parę minut byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Jeden zły spacer i masz ochotę wracać do domu. 😉 Kolejne dni niestety nie były lepsze, zgodnie zarządziliśmy odwrót i wyruszyliśmy w kierunku Christchurch.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *